Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzeci tomik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzeci tomik. Pokaż wszystkie posty
na niebieskozielonym horyzoncie
skoro będę miał w dłoni garść twoich włosów
i będę pamiętał i będę

nie skacz
nie oddam cię bez walki.

Jesteś tak blisko
ale wciąż poza zasięgiem moich zapewnień

czasem boję się że nieuważnym słowem
odcumuję twą chybotliwą łódkę
a fale będą chciały zagłuszyć mój krzyk

co z tego że staniesz się małym punktem

patriarcha

kochanie ten pan
nie rozumie pośpiechu
i dziwi się że chcemy biec i oddychać szybciej nieco
i schować nasze pierwsze kocham pod koc

nasz czas
(co prawda) kochanie (nie ma krzaczas
tych brwi (niemal jak patriar

nasz czas może w końcu wygra
z oszalałym młodym tętnem
u(spo)koi nas ko cha) nie

ogród żurawinowy

ogród krąży tak cicho
że ptaki posnęły i śnią o morzu (
śmierć pachnie jak szare zachodzące słońce

na cichej trawie) szept iskier uśmiechniętych nęci i woła
przyjdź

i nie chcę lecz idę
ścieżka cieszy się
i chce być tam w ogrodzie cz(oto)czonym ciszą
i kwiatami groszku pachnącego

wymknął się kot konarom drzewa boga
to ja to (ja)
nie wiem czy zdjąć ubranie
czy tulić wilgotne grudy ziemi

czy od razu gonić nasz czas i królika
i oczy

-----------------------------------
nie wiem czego chcę od tej zieleni

miękkość

moje milczenie kochanie
nie ma żadnego koloru
i nie grzeszy (zdecydowaniem)

moja tęsknota kochanie
nie ma twojego imienia jedy-
nie wybacz

bo kiedy urzeka mnie niespokojność i rzęsy
rzęsy rzęsy
manowce moich myśli są grząskim gruntem
pod twoimi stopami
obsypanymi moim Chcę

ktoś odkraja naszemu czasowi (kochanie)
równe plastry trwania
i nawet w tym miodowym momencie teraz o o teraz dokładnie

czuję tę
miękk
ość w gardle

świt już rozżenny

świt już rozżenny
i na walnijnych wzgórkach
tego materiału splatane nasze literki

sklecić sensownego słowa
(nam nie dane)

ale choć raz warstwijmy huczliwe brzeżany
i biegnijmy piskacząc po mrajanych łąkach
(na mnie dane)

bo może gryziony rozpaczliwie lizak
i wściezły płacz naszych młodych ramion

da mniemanie

pościel

nie wiem jak ty to robisz
ale twoje filirankowe srebrzenie palców
rozczula mnie i roz
czula

(i tylko czasem na jakimś skraju myśli
rodzi się pytanie jak szept nad uschłym liściem
gotowym razdwa odlecieć)

odkąd mafalerejamy w tym łóżku
pod lijarkadami nieba
nie ma
nie ba

rozlało się aszafranowo na naszej pościeli
i w nim
odbija się
(kochanie nie rozumiem tego)
nasza twarz i dwie nasze dłonie

(trochę mi ciebie brak)
nasz nieporządny dom
jest ostoją
jest niezamkniętą klatką dla
łysiejącej
zboczonej
papug
-i naszą ciszą

nasz
dom
kochanie tak bardzo go pragnę nawet sobie nie
wyobrażasz
ma okna wychodzące na zachód
na psychiatryk i idiotów

ma podobno elektryczność i pewnie wodę

jest jak cudownie efemeryczny dym wydychany
pod sufit suknem pokryty okryty kryty ryty
ty

naszym echem
naszych śmiechów
w naszym do
i w naszym mu

dłonie po raz trzeci

zanurzyłbym dłoń w zimnym oceanie
i pytanie
czy bym poczuł pienistość wielkich spraw

drugą dłonią gładziłbym złote twoje stopy
i po tym
poznał gdzie chcę być i co pisać na piasku nim mój przypływ
rozkoszą
szumiącą
wzbierze

ale obie dłonie morze policzek twój miękki
w błękit
krzyczą ten jeden krótki tryumf

JESTEM

drabina

na szczeblu drabiny ostatnim przed wiecznością
słychać tylko własny ziemski oddech
i perlisty dźwięk potu na czole

może nie dobijam się do drzwi z racji własnej dziecinnej dumy
może za bardzo patrzę w czasoprzestrzeń

kiedy każdy por mojej skóry będzie płakać
nagle odsłonięty

kto nas wybrał
płaczących na zewnątrz

czy ktoś zauważył
że na drabinie nigdy nie ma rozstajów

moc

według siwowłosych uczonych
nie ma dwóch linii w pełni równoległych
każda myśl musiała wpaść do głowy
pędząc wypadkową olbrzymich sił kosmicznych
i każde najmniejsze żyjątko ma szansę poruszyć jęczącym lodowcem

według siwowłosych uczonych
nie można powiedzieć z całą pewnością
czy patrzymy czy jesteśmy patrzeni

ja wiem że łza zawsze spada w kierunku serca ziemi
i że myśli to prześwity boga przez dziury w głowach

może naiwnie
może wygodnie

ale nie ukrywam mojego strachu
że łzy mogą spadać do nieba
że niebo w którym zatoną nie mieści w sobie boga

bo moim dumnym nazwiskiem mocą uniesionym czołem
jest zachwyt w jaki wpadam na widok chmur straszliwie zimnych
i jęk którego nie powstrzymam gdy zobaczę śmierć pajączka

i moją gładką otwartością jest dłoń wierzchem do góry
gotowa na przyjęcie zimnego deszczu i poddanego wiatrowi motyla
bo taki sobie wybrałem dzień i zmierzch którego nie będzie

okruch

jeśli przyjmiemy
że każde ciastko składa się z okruchów

i każdy kawałek ciastka może okazać się
okruchem
spa
da

cym

to czystym przypadkiem jest
czy trafimy do ust Lepszego Miejsca
czy spadniemy na dywan

czy zostaniemy ciastkiem
lub coś wybierze nas na heretyka i rebelianta
i wrzuci do świata
gdzie zdarzają się czasem odkurzacze

A. #2

czasem z racji późnej godziny
muszę urywać do jutra twój głos

potem w mojej samotności
najeżonej szeptami i trzaskiem
proszę. niech. wiatr.

bawisz się ogniskową moich myśli