Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish. Pokaż wszystkie posty

fale

z powodu jednej literki
masz więcej ognia w sobie
niż ktokolwiek mógłby przypisać

uciekać nie warto
zawsze będzie ktoś
kto podniesie klucze z chodnika
i w czynie społecznym odeśle pod wskazany adres

od poniedziałku
do załóżmy środy
sprawy będą toczyć się spokojnie
tekst będzie miał równe wiersze
i będzie się chciało czuć zapach starego papieru
a nawet narysować coś bez podkresków

ojej puk przesyłka puk
słodka kałuża puk znów
i na prostej drodze
i w ciepłym tłumie
woła mnie tylko skóra

evohe
evohe
mój prz
yjaciel u pot
rzebuję twojego dotyku ciepła

ale wiem dobrze że obudzę swoje duchy
iskry
i nie będzie ni ko go by je pod sy cać

jesteśmy w różny ch pokojach
mój ma jedn oo kno
i tyle

z twojego
można wyjść na wiele sposobów
na korytarz
na ludzi

- to nie szloch
jestem zadziwiająco spokojny -

zdarłem już tapety
pod spodem śladu drzwi ani wskazówek
krzyżyków strzałek

ale przecież
musiałem jakoś tu wejść (do
jasnej cholery)

gruszki

gruszki obiecują
przysięgają cukrzennie

że ten dzień już czeka
zapakowany w ładny papier
i że trochę partfilili
i majterystu szczypta

to nieskończenie smutne owoce

dnia

samo się stało
tność poja
wiła

dnia będą tem
trochę cego mię
szarego mos dzy

innymi wartymi wschodu
śpij
kochanie bo
kocham jak śpisz
śpij i oddechem gładź
mój spo
kój

i
niech
twoje powieki
drżą dla mojej pew
ności że
jest


i
niech
twój odd
ech gładzi mój spo
kój dla mojej pewno
ści że jest
em
krosna tak szczyt mych marzeń
bo wiem nic pięk nie jszego
od chrzęstu bezdusznych części
mimowolnie piesz(o tak)czących nici

i ten cel tak odległy lecz co noc bliżej
i kojenie zagubionych niteczek które
nie widzą wzoru nie nie widzą
krosna tak szczyt moich marzeń

zielony wiersz

piszę ten wiersz trochę na zielono
odszedłem chyba poza nasz las
i nie znam drogi
nie znam drogi
nie znam
drogi
mój
dr
og
i
kochanie poczekaj tylko
a twojemoje oczy ucieszą się
o ton lub dwa nie zerkając co chwila na
Odmierzacz Ziarenek

może myla wir ować
w obecnejch wi li
tyl kop oc o?
wiem że dwa wier sze nie zastąpią nachyle niapoca łun ku
a także pal ców bawiący chsię w grzebie ń.

jedno kochanie ci powiem słowo - będę

czy zieleń swoją wymilczę
-- bo zawsze strumyki płyną
zbyt urzeźbione --
na niebieskozielonym horyzoncie
skoro będę miał w dłoni garść twoich włosów
i będę pamiętał i będę

nie skacz
nie oddam cię bez walki.

Jesteś tak blisko
ale wciąż poza zasięgiem moich zapewnień

czasem boję się że nieuważnym słowem
odcumuję twą chybotliwą łódkę
a fale będą chciały zagłuszyć mój krzyk

co z tego że staniesz się małym punktem

patriarcha

kochanie ten pan
nie rozumie pośpiechu
i dziwi się że chcemy biec i oddychać szybciej nieco
i schować nasze pierwsze kocham pod koc

nasz czas
(co prawda) kochanie (nie ma krzaczas
tych brwi (niemal jak patriar

nasz czas może w końcu wygra
z oszalałym młodym tętnem
u(spo)koi nas ko cha) nie

ogród żurawinowy

ogród krąży tak cicho
że ptaki posnęły i śnią o morzu (
śmierć pachnie jak szare zachodzące słońce

na cichej trawie) szept iskier uśmiechniętych nęci i woła
przyjdź

i nie chcę lecz idę
ścieżka cieszy się
i chce być tam w ogrodzie cz(oto)czonym ciszą
i kwiatami groszku pachnącego

wymknął się kot konarom drzewa boga
to ja to (ja)
nie wiem czy zdjąć ubranie
czy tulić wilgotne grudy ziemi

czy od razu gonić nasz czas i królika
i oczy

-----------------------------------
nie wiem czego chcę od tej zieleni

miękkość

moje milczenie kochanie
nie ma żadnego koloru
i nie grzeszy (zdecydowaniem)

moja tęsknota kochanie
nie ma twojego imienia jedy-
nie wybacz

bo kiedy urzeka mnie niespokojność i rzęsy
rzęsy rzęsy
manowce moich myśli są grząskim gruntem
pod twoimi stopami
obsypanymi moim Chcę

ktoś odkraja naszemu czasowi (kochanie)
równe plastry trwania
i nawet w tym miodowym momencie teraz o o teraz dokładnie

czuję tę
miękk
ość w gardle

świt już rozżenny

świt już rozżenny
i na walnijnych wzgórkach
tego materiału splatane nasze literki

sklecić sensownego słowa
(nam nie dane)

ale choć raz warstwijmy huczliwe brzeżany
i biegnijmy piskacząc po mrajanych łąkach
(na mnie dane)

bo może gryziony rozpaczliwie lizak
i wściezły płacz naszych młodych ramion

da mniemanie

pościel

nie wiem jak ty to robisz
ale twoje filirankowe srebrzenie palców
rozczula mnie i roz
czula

(i tylko czasem na jakimś skraju myśli
rodzi się pytanie jak szept nad uschłym liściem
gotowym razdwa odlecieć)

odkąd mafalerejamy w tym łóżku
pod lijarkadami nieba
nie ma
nie ba

rozlało się aszafranowo na naszej pościeli
i w nim
odbija się
(kochanie nie rozumiem tego)
nasza twarz i dwie nasze dłonie

(trochę mi ciebie brak)
nasz nieporządny dom
jest ostoją
jest niezamkniętą klatką dla
łysiejącej
zboczonej
papug
-i naszą ciszą

nasz
dom
kochanie tak bardzo go pragnę nawet sobie nie
wyobrażasz
ma okna wychodzące na zachód
na psychiatryk i idiotów

ma podobno elektryczność i pewnie wodę

jest jak cudownie efemeryczny dym wydychany
pod sufit suknem pokryty okryty kryty ryty
ty

naszym echem
naszych śmiechów
w naszym do
i w naszym mu

nowa w.

w ogrodzie po południu pozłoconym pomarańczową poświatą południowa Portugalka powiła potomka

wolność zabierze nam buty i odda stopy

na nieskończonej lodowej pustyni oczy foki rozszerzają się z zachwytu nad bezczasem śmierci której uścisk poczuła na swym zmarzniętym ciele

wolność strzaska zarośnięte piołunem bramy
i natrze twoje znękane Dlaczego balsamem

dłonie po raz trzeci

zanurzyłbym dłoń w zimnym oceanie
i pytanie
czy bym poczuł pienistość wielkich spraw

drugą dłonią gładziłbym złote twoje stopy
i po tym
poznał gdzie chcę być i co pisać na piasku nim mój przypływ
rozkoszą
szumiącą
wzbierze

ale obie dłonie morze policzek twój miękki
w błękit
krzyczą ten jeden krótki tryumf

JESTEM

drabina

na szczeblu drabiny ostatnim przed wiecznością
słychać tylko własny ziemski oddech
i perlisty dźwięk potu na czole

może nie dobijam się do drzwi z racji własnej dziecinnej dumy
może za bardzo patrzę w czasoprzestrzeń

kiedy każdy por mojej skóry będzie płakać
nagle odsłonięty

kto nas wybrał
płaczących na zewnątrz

czy ktoś zauważył
że na drabinie nigdy nie ma rozstajów